... to chciałabym na koncert R+ jeszcze raz.
Ale to tylko taka moja mała myśl ;)
Wpisu nie mogło zabraknąć ;)
O godzinie 4 wróciłam do domu z łódzkiego koncertu. Z obolałymi plecami, kolanami wołającymi o pomstę do nieba, ale w sumie... zadowolona.
Jako support R+ zagrał zespół o nazwie Combichrist, w skrócie Combi. Jak zaczęli "grać" to miałam wrażenie że pomyliłam imprezy. I że przez przypadek znalazłam się na techno-party... Cóż, bo jak inaczej można odebrać zespół w którym 4 wariatów na scenie udaje że gra? Hm. No dobra, w sumie to dwóch udawało. Wszystko, poza wokalem było syntetyczne, odtwarzane za pomocą odpowiednich guzików na konsoli pana klawiszowca. Nawet perkusja, mimo że aż dwie stały na scenie (a jak się okazało w trakcie, były tylko do rozrzucania ich części po scenie). Cała robota perkusistów to było "podbijanie" lecących w tle dźwięków. Ale nie czepiam się - bo show było fajne. Można się było pogibać, i z pewnością można uznać że dobrze rozgrzali publiczność.
Sam Rammstein zaczął grać z minimalnym opóźnieniem. Wszystko było jak w zegarku, najpierw przebicie się przez ścianę, świecące usta Tilla, dużo fajerwerków (od których dostałam kilkakrotnie ataku kaszlu), buchających płomieni, i ogólnie akcji.
Ale w sumie, opisywać mogę to tylko z opowieści innych - sama scenę widziałam tylko jak kilka osób przede mną opuszczało aparaty/komórki aby spauzować nagrywanie ("ale wiocha" ciśnie mi się na usta, no ale cóż).
Akcje z feuerrader.pl przeszły średnim echem. O ile serduszek LIFADowych pojawiło się całkiem sporo (sama nie miałam na stanie - nie zdążyłam wydrukować przed wyjazdem), o tyle zapalniczek i czapeczko-łódek było niewiele. A "tajemnicza" akcja fanklubowców była dziwno-śmieszna i polegała na wrzuceniu do przepływającego nad ludźmi pontonu z Flakiem kilku dmuchanych rekinków. Może nie skumałam o co chodzi i co te rekinki miały znaczyć ;) Muszę też przyznać, że Flake chyba nigdy aż tak długo nie pływał - to ludziom wyszło, bo faktycznie daleko go ponieśli.
Postanowienie na przyszłość: zawsze jeździć na "lepszą" płytę, albo na trybuny. To daje mi szanse na zobaczenie zespołu w akcji. Bo w sumie R+ to jeden z tych zespołów gdzie faktycznie fajnie by było też popatrzeć. ;)
Kiedy coś koło roku temu wygrzebałam wzmiankę o tym że Burton zabiera się za kręcenie "Alicji w Krainie Czarów" byłam w siódmym niebie.
Gdy zobaczyłam, że Depp zagra Kapelusznika - było mi jeszcze przyjemniej, nie wiem czemu, ale tego pana akurat lubię. ;)
Ale kiedy zobaczyłam że Disney dobrał się do tego filmu, zrobiło mi się przykro. Wiedziałam, że burtonowy klimacik zostanie zjedzony, kosztem stworzenia bajki dla całych rodzin.
No i jak oczekiwałam, tak było, kropka w kropkę.
Fabuła, no cóż, "Alicja po drugiej stronie lustra" byłoby tu chyba lepszym tytułem dla filmu. Bo z "Krainy Czarów" zostało chyba tylko wspomnienie Alicji z czasów dzieciństwa...
Klimatu, który tak lubię w filmach Burtona w sumie brak. Trochę mgieł, snujących się dymów, wyimaginowany świat, pokręceni bohaterowie - to wszystko było jak miało być, bo tak też było w książce (a przynajmniej książka zmuszała do wyobrażenia sobie tego). Słowem - nic zaskakującego.
Muzyka też niby była, ale jednak jakoś średnio się na nią zwracało uwagę. A już o pomstę do nieba woła piosenka na samym końcu (co jak co, ale Avril to ja po prostu chyba nie lubię :P), ale tu co kto lubi tak na prawdę.
Oczywiście animacja, kreacje bohaterów - wszystko to było dobre. Technicznie film był ciekawy. Przyjemny do obejrzenia. Ale pozostał bajką, a nie tym co chciałabym zobaczyć jeszcze rok temu.
Raczej.
Nie, to nie miała być recenzja. To miało być wyżalenie się, ot co.
I frygidrygajcie.
... a ja właśnie bawię się Chromem. A co. ^^ Ogólnie, to ostatnimi czasy z Operą było co raz gorzej. Pomijając Unite oczywiście. Ale aż mnie naszła ochota na Chroma. O.
1 komentarz